Pojechałam w Bieszczady na wybory. Miałam sie obudzić w nowym lepszym kraju...Tymczasem Rzeczpospolita POwyborcza ;) zaserwowała mi inną niespodziankę. W pociągu mój błogi sen
( ćwiczyłam nowy sposób na latanie ) przerwała mi Pani konduktor. Przeprosiła cały przedział za to, że będziemy mieć 180 minut "obsuwy" ponieważ przed nami wykoleił sie pociąg.
Po dwóch godzinach wszystkich pasażerów poproszono o opuszczenie pociągu i poinformowano, że nigdzie dalej nie pojadą. Wszystko super gdyby nie drobny fakt, że była trzecia w nocy, a ja ubrana tylko w sweterek i skórę. Po wyjściu z pociągu miałam okazję obserwować piękne nasze Polskie pola i las...Absurdalna sytuacja jakaś. Stałam w środku pola w cieniutkim ubraniu i jedyna informacja, którą udało mi sie uzyskać była taka, że za dwie godziny przyjedzie szynobus, który zawiezie nas gdzieś tam... a co dalej nie wiadomo. Panowie przeklinali, kobiety biadoliły i tak po chwili zaczęłam sie śmiać. Zupełnie nie mogłam sie uspokoić. Wszyscy dookoła marudzili... Wzięłam bagaż i poszłam na stopa. Łapiąc tego stopa myślałam o paskudnych(ciepłych) kalesonkach, które mi przygotowała na drogę babcia. Tych samych, których "zapomniałam" założyć. Babciu, babciu jak ja Cię bardzo kocham.
babcie mają rację.
autor: Anonimowy , data: środa, października 24, 2007 ,
Etykiety: crazy stuff
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz